Lipiec 2012- archiwum

36. Ruiny kościoła w Trzęsaczu – po staremu i po nowemu!

12 lip 2012. Kategorie: I. A oto ostatnie wpisy, najnowsze | Komentarze (0) »

35. Park miniaturowych latarni morskich w Niechorzu

11 lip 2012. Kategorie: 35. Park miniaturowych latarni morskich w Niechorzu, I. A oto ostatnie wpisy, najnowsze, VII. Moje podróżowanie | Komentarze (0) »

Przejeżdżałam trasą obok Niechorza i licho mnie skusiło, by tam zajrzeć, choć był czas przedwieczorny. Trafiłam na reklamę parku miniatur latarni morskich i od razu wiedziałam, że chcę tam wejść. Sympatyczna przewodniczka oprowadzała mnie, opowiadając o każdej miniaturze rzeczowo ale ze swadą, co było miło słuchać. Park zawiera miniatury wykonane z ogromnym pietyzmem, w skali 1:10, oddane wiernie w każdym szczególe i posadowione dokładnie tak samo jak oryginały. Każda miniaturowa kopia ma obok zdjęcie oryginału oraz opis. Miniatur latarni jest bodaj 28, w tym dwie polskie wybudowane poza granicami kraju, czyli Latarni Arctowski na Antarktydzie oraz Latarni Hornsund na Spitzbergenie. Bardzo polecam tę nową – od maja 2012 – atrakcję turystyczną w Niechorzu. Park miniatur powinien stać się pretekstem do wakacyjnego wyjazdu dla mieszkańców miejscowości nadmorskich, byśmy poszerzyli w tak atrakcyjny sposób wiedzę o wybrzeżu Bałtyku i zaimponowali naszym gościom, rodzinie z głębi Polski i turystom.

18. Barszcz Sosnowskiego – najeźdźca ze Wschodu!

7 lip 2012. Kategorie: 18. Barszcz Sosnowskiego - najeźdźca ze Wschodu!, I. A oto ostatnie wpisy, najnowsze, XII. ciekawostki przyrodnicze | Komentarze (0) »

Ostatnio wiele razy na poboczach dostrzegałam barszcz Sosnowskiego i postanowiłam tę roślinę uczynić tematem edukacyjnym. Miałam do wyboru pokazanie wielkich jak kandelabry osobników wzdłuż torów kolejowych do Kołobrzegu, masowy pojaw dywanowych powierzchni w obniżeniach, ciekach i rowach niedaleko Kępic lub kordon z wysokich roślin barszczu otaczający wieś Gruszewo, leżącą na trasie z Białogardu do Świdwina. Pojechaliśmy do Gruszewa w chłodny, ponury dzień i to było jedyne nasze szczęście. Takich widoków nie przewidziałam nawet w największym horrorze. Rośliny od siewek poprzez dochodzące do 5 metrów wysokości giganty rosły wszędzie. Wdzierały się na podwórka, wyrastały spomiędzy kęp roślin ozdobnych w ogrodach, przerywały monotonię żywopłotów, graniczyły z placem zabaw dla dzieci/ tam też było sporo małych roślin, na szczęście przykoszonych więc może mniej groźnych/, przerastały pustostany – jednym słowem sterroryzowały mieszkańców. Ludzie bezpiecznie poruszają się po utwardzonych drogach, bo wszystkie ścieżki i drogi gruntowe są poprzerastane mocno ugruczołowionymi liśćmi i łodygami roślin, wypełnionych trującym sokiem. Jedyne wąskie przejścia stanowią koleiny. Wieś otoczona jest szerokim pasem monokultury barszczu Sosnowskiego, jak kordonem wrogiego wojska. Tylko wąskimi, wydeptanymi ścieżkami pośród barszczu można wyjść poza wieś! Proszę popatrzeć na zdjęcia!

Skąd się wziął ów barszcz Sosnowskiego w naszym kraju? Nazywany w Rosji „zemstą Stalina” od 1948 roku na wniosek Stalina stanowił obiekt badań i mutacji genetycznych, by dać wielką masę zieloną paszy dla krów. I tak z maksymalnie 1,5 metrowej wysokości barszczu rosnącego na Kaukazie i Zakaukaziu uzyskano roślinę 3 razy wyższą, z bez wątpienia ogromną masą pastewną. Dostaliśmy ją od rządu ZSRR w roku 1958. Pamiętam te ogromne rośliny na uprawnych polach w Sycewicach pod Słupskiem, gdzie był PGR z dużą ilością bydła. Rośliny oglądałam z zachwytem, bowiem barszcz Sosnowskiego, zwłaszcza w porze kwitnienia jest naprawdę piękny a jego uroda spowodowała sadzenie w ogrodach i niekontrolowane ucieczki nasion w okoliczne biotopy. Szybko okazało się, że mleko i jego przetwory po skarmianiu krów kiszonką / zwierzęta nie lubią barszczu/ mają charakterystyczny zapach marzanki i anyżku z powodu m.in. kumaryny, dyskwalifikujący je jako jedzenie. Nie można było zmechanizować zbioru barszczu z pól a ludzie pracujący przy zbiorach mieli wielkie oparzenia skórne i musieli pracować w szczelnych ubraniach ochronnych, często w upale. Olejki eteryczne w parzących włoskach jak i sok wszystkich części roślin,są trujące i parzące. Szczególnie jeden ze składników – furanokumaryna - ulega przemianom pod wpływem światła słonecznego i staje się silnie parzący. Bąble na skórze, z płynem surowiczym jak po oblaniu wrzątkiem, trudno i długo się goją, z czasem wrzodzieją, doprowadzając nawet do martwicy skóry. Jeden z mieszkańców Gruszewa kosił barszcze kosiarką żyłkową / jak i inni mieszkańcy/ i pokazał nam zsiekane ręce po pachy, zwłaszcza od wewnętrznej strony, z bolesnymi, ściemniałymi rankami od soku pryskającego ze ścinanych barszczów. W czasie upałów olejki ulatniają się, a wdychane przez ludzi wywołują bóle i zawroty głowy, wymioty a w skrajnych przypadkach utratę świadomości. Sami tego doświadczyliśmy, a w powietrzu czuć było drażniącą woń, choć niebo było pochmurne. Mieszkańcy Gruszewa pilnują dzieci, sami są świadomi zagrożeń, ale w obecnej chwili na pewno sami sobie nie poradzą z tym najeźdźcą. Wprawdzie jest to roślina praktycznie dwuletnia, jak nasza pietruszka czy seler, ale jest niezwykle odporna i bardzo plenna. Słabo reaguje na randap, zwykle jedynie zmieniając barwę na zżółkniętą, ale kolejne liście już się zielenią i roślina rośnie, nadrabiając stracony na walkę o istnienie czas. Baldachy na jednym osobniku składają się zwykle z 20 tysięcy do nawet 40 tysięcy nasion, co powoduje jej ekspansję w kolejnym roku. Pola orne po głębokiej kilkuletniej orce są wolne od tej uporczywej rośliny, ale nie każdy teren można systematycznie przez około 5 lat orać. Co więc można robić, aby się pozbyć groźnego konkurenta dla naszych rodzimych gatunków, zwłaszcza na żyznych i wilgotnych terenach albo z bezpośredniego otoczenia siedzib ludzkich? Gruszewo nie jest jedyną opanowaną przez barszcz miejscowością w Polsce. W prasie mnożą się doniesienia o jego aktywnym rozprzestrzenianiu się w całym kraju. Jedyną skuteczną jak dotąd metodą jest wykopywanie każdego egzemplarza ostrym szpadlem, poniżej szyjki korzeniowej, czyli praktycznie podcięcie rośliny na 10- 15 cm poniżej powierzchni gleby i wyrzucenie jej na słońce, by wyschła. Podobno są podejmowane próby likwidacji barszczu prądem i ogniem. Robiłam doświadczenie nad żywotnością rośliny spryskanej randapem, którą po tygodniu wykopałam i położyłam na otwartej przestrzeni na słońcu. Owszem, jej liście wyschły i odpadły, ale z suchego wydawałoby się korzenia wyrosły zielone, zwinięte liście, jakby czekając na krople deszczu a pod spodem- nowe, cienkie korzonki wbiły się w glebę. Roślina po lekkim podlaniu zaczęła rosnąć!!! W glebie pod wykopanymi okazami znajduje się ogromna ilość zdolnych do kiełkowania przez kolejne 4 do 5 lat, więc taka powierzchnia musi być aktywnie, systematycznie monitorowana a pokazujące się siewki – niszczone. I jak dotąd jest to jedyny sposób na pozbycie się barszczu Sosnowskiego. Jak z tego widać- jedynie świadomi i zdesperowani nieszczęściami ludzie mogą walczyć z tak nachalnym wrogiem na swoich posesjach. W Gruszewie mieszka zaledwie 40 rodzin, w części starszymi mieszkańcami i mimo optymistycznego nastawiania mieszkańców nie wierzę w możliwość likwidacji barszczu. Na oko można określić, że rośliny objęły w posiadanie więcej niż 10 km2. Teren powinien być objęty przepisami o klęsce żywiołowej, a na przykład wojsko powinno wykopywać rośliny. Myślę też, że posadzenie nawet jednego egzemplarza w prywatnej kolekcji roślin powinno być surowo karane. Tak restrykcyjne postępowanie pozwoliło na niemal całkowite wyeliminowanie barszczu z Europy Zachodniej, podczas gdy Rosja i zwłaszcza Białoruś nie może sobie z tym poradzić. W Polsce nie widać żadnych działań, poza terenami objętymi prawną ochroną. Nie można pozostawić samorządów z tym problemem, bo dojdzie do takiej sytuacji, że naprawdę sobie z tym nie poradzimy… Ta roślina powinna być spopularyzowana i rozpoznawalna, zwalczana przez właścicieli gruntów, wszystkich ludzi, w tym wolontariuszy, wszystkimi sposobami, z urzędu, z ramienia i środków rządu. Nie ma już czasu na doświadczalnictwo a na konkretne działania likwidujące tę ze wszech miar niepożądaną roślinę z terenu naszego kraju.
Czas naszej bezczynności wzmacnia tylko tego wroga, który nie siedzi bezczynnie lecz rozprzestrzenia się, zajmując z każdym rokiem coraz większe i lepsze pozycje, a jego zwarte łany eliminują naszą florę rodzimą.

Później »