1. Pokaz ogni sztucznych 2009 w Ustce- archiwa kategorii

1. Pokaz ogni sztucznych 2009 w Ustce

5 lip 2009. Kategorie: 1. Pokaz ogni sztucznych 2009 w Ustce, 6A. Uczymy siebie i dzieci, czemu więc nie w zoo?, I. A oto ostatnie wpisy, najnowsze, VII. Moje podróżowanie | Komentarze (0) »

Wczoraj, 4 lipca’09 , pojechałam do Ustki na pokaz ogni sztucznych, a pogoda była tak piękna, że chciałam nawet przerwać jazdę celem sfotografowania nowej farmy wiatraków akurat super oświetlonych zachodzącym słońcem na błękitnym niebie. Wrodzone zamiłowanie do punktualności nie pozwoliło mi na to i po pół godzinie wjeżdżałam do Słupska, a tu zaciągnięte niebo od północnego zachodu nie wróżyło niczego dobrego. Do Ustki dojeżdżałam w ostrej ulewie, co stawiało pokaz pod znakiem zapytania. Brat, za którym jechałam, zaparkował przy końcu ulicy Wczasowej, leżącej równolegle do plaży, ja tuż za nim i przez miejski park sosnowy doszliśmy nad morze. Ciężkie, ołowiane chmury rozpętały taką ulewę, że musieliśmy się schować w barze, ale na czas, tj.  23.00,  doszliśmy do gęstniejącego tłumu.

Po półgodzinnym opóźnieniu – dziwię się, że w ogóle – zaczął się pokaz. Byłam na kilku wielkich pokazach i ten nie był najwyższych lotów, ale zważając na sytuację dziękowałam bezimiennie, że w ogóle  fajerwerki strzelały w niebo. Kanonada, zmieniające się  jak w kalejdoskopie smugi i snopy świetlne oraz odległa, niegłośna muzyka to jednak cudowne zjawisko.

Starałam się,  nie tracąc  nic z uroku oglądania ogni sztucznych raz za razem rozbłyskujących na ciemnym, na szczęście  chwilowo bezdeszczowym niebie, jednocześnie robić  zdjęcia ku uciesze tych , którzy zaglądają do bloga i też chcieliby mieć choć ciut pretekstu czy pomocy do wyobraźni.  Nie było to jednak łatwe, bo chyba można robić tylko jedno całą duszą, w jednym czasie. No i taki jest skutek połowicznego przykładania się do fotografowania.

W dodatku nie mam żyłki dokumentalistki,  beznamiętnie przedstawiającej rzeczywistość – zawsze muszę fakty widzieć po swojemu,  przejaskrawić, ustawić pod słońce, powiększyć, oddalić, czyli jednak jakoś zmienić, żeby mi się to podobało, niezależnie od rzeczywistości. I może nie jest to oddanie szerokiego planu niebiańskiej sceny, jarzącej się srebrem, złotem, iskierkami, smugami, wzorami kwietnymi i gwiezdnymi , jakże nieuchwytnymi i błyskawicznie przemijającymi, straszliwie ulotnymi i beznadziejnie pięknymi.  Zdjęcia na małym monitorze nie oddałyby tego zjawiska w pełnej krasie, postanowiłam więc fotografować fragmenty, proporcjonalne do obiektywu i to mi wyszło, co wyszło.  Ileż tu wzorów do wykorzystania, ileż kształtów stworzonych przez światło iskierek, ileż melancholii  i radości jednocześnie. Jak szybko się obrazy rozwijały i jak błyskawicznie znikały w smudze ognistego dymu,  jak kolejne,  nowe się rozwijały i jak nie chciały się zatrzymać do zdjęcia…..

Cały pokaz trwał kilkanaście minut, ale do domu dotarłam przed 4 . Już świtało….. Gwiazdy poszły spać, ja też!