6A. Uczymy siebie i dzieci, czemu więc nie w zoo?- archiwa kategorii

6A. Uczymy siebie i dzieci, czemu więc nie w zoo

13 lip 2009. Kategorie: -6. Ogród zoologiczny w Oliwie - warto tam bywać!, 6A. Uczymy siebie i dzieci, czemu więc nie w zoo? | Komentarze (0) »

…W Zoo Oliwskim, jak wszędzie zresztą, obserwowałam rodziny z dziećmi. Dzieci jednych rodziców biegały swobodnie, tupiąc często, hałasując, wesoło krzycząc i niezbyt zajmując się widocznymi tuż obok wspaniałymi zwierzętami. Rodzice szli alejką, jakby byli sami, rozmawiając i zupełnie nie mając kontaktu z dziećmi. O, przepraszam! Dzieci podbiegały do rodziców na widok lodów, wody czy czegoś kuszącego do jedzenia. Rodziny po prostu były na spacerze.

Inni rodzice wespół z dziećmi oglądali zwierzęta, ale nie stresowali dzieci ich nazwami, miejscem pochodzenia czy jakimikolwiek innymi wiadomościami.  Dzieci może i chciałyby wiedzieć, ale rodzice po prostu je pilnowali i sami wypoczywali.Po to też jest zoo, zwane przecież ogrodem, do spacerów na świeżym powietrzu.

Trzecia grupa rodziców, najwspanialsza to mamy czytające tablice swoim dzieciom, podający poprawne nazwy, często sami jak i ja zresztą, zdziwieni byli  np.zwierzęciem, którego wcale nie znali, a widać, że to bywalcy. Tata trzymający syna „na barana”, by lepiej widział szympansy, przy bardzo licznej widowni.Babcia, opowiadająca przy okazji, jak to przed wojną w warszawskim zoo siedziała z koleżanką na słoniu, treser coś powiedział, zwierzę się lekko przechyliło i dwie koleżanki z lodami wylądowały w piasku. I nikt się nie złościł, a śmiechy rozbrzmiewały wokoło.  Babcia- jedna z tych koleżanek – dostała darmowe zdjęcie z tego wydarzenia. Sama podsłuchując, uśmiechnęłam się.

Na jednym ze zdjęć utrwaliłam mamę z córką, gdyż mama czytała opowiastkę o rezusie i jego zasługach związanych z poznaniem czynnika Rh, córka słuchała, pewnie po cichu też czytając, a potem mama jej wyjaśniła, co to jest czynnik Rh i jakie znaczenie miało to odkrycie dla człowieka. Wzruszają mnie takie relacje rodziców z dziećmi w przyrodniczych miejscach.

Podpatrzyłam też parę: młodziutka dziewczyna czytała o historii zoo, a jej chłopak – jakby ciut dalej, następną planszę. Czytali z zainteresowaniem, w skupieniu, nie poganiając się, po czym trzymając się za ręce poszli dalej, w ożywieniu o czymś rozmawiając. Cudowne!

Popatrzyłam też na buzie dzieciaków w malutkim pociągu, krążącym po ogrodzie. Słyszałam, jak pan opowiadał , a dzieci miały otwarte buzie z zaciekawienia, rozglądały się i tylko przelotnie zerknęły, gdy im robiłam zdjęcie.

Wracając do domu przywoływałam te obrazki, które ładowały mnie do dalszych działań edukacyjnych w moim ogrodzie. I choćby po to warto było tam pojechać!

1. Pokaz ogni sztucznych 2009 w Ustce

5 lip 2009. Kategorie: 1. Pokaz ogni sztucznych 2009 w Ustce, 6A. Uczymy siebie i dzieci, czemu więc nie w zoo?, I. A oto ostatnie wpisy, najnowsze, VII. Moje podróżowanie | Komentarze (0) »

Wczoraj, 4 lipca’09 , pojechałam do Ustki na pokaz ogni sztucznych, a pogoda była tak piękna, że chciałam nawet przerwać jazdę celem sfotografowania nowej farmy wiatraków akurat super oświetlonych zachodzącym słońcem na błękitnym niebie. Wrodzone zamiłowanie do punktualności nie pozwoliło mi na to i po pół godzinie wjeżdżałam do Słupska, a tu zaciągnięte niebo od północnego zachodu nie wróżyło niczego dobrego. Do Ustki dojeżdżałam w ostrej ulewie, co stawiało pokaz pod znakiem zapytania. Brat, za którym jechałam, zaparkował przy końcu ulicy Wczasowej, leżącej równolegle do plaży, ja tuż za nim i przez miejski park sosnowy doszliśmy nad morze. Ciężkie, ołowiane chmury rozpętały taką ulewę, że musieliśmy się schować w barze, ale na czas, tj.  23.00,  doszliśmy do gęstniejącego tłumu.

Po półgodzinnym opóźnieniu – dziwię się, że w ogóle – zaczął się pokaz. Byłam na kilku wielkich pokazach i ten nie był najwyższych lotów, ale zważając na sytuację dziękowałam bezimiennie, że w ogóle  fajerwerki strzelały w niebo. Kanonada, zmieniające się  jak w kalejdoskopie smugi i snopy świetlne oraz odległa, niegłośna muzyka to jednak cudowne zjawisko.

Starałam się,  nie tracąc  nic z uroku oglądania ogni sztucznych raz za razem rozbłyskujących na ciemnym, na szczęście  chwilowo bezdeszczowym niebie, jednocześnie robić  zdjęcia ku uciesze tych , którzy zaglądają do bloga i też chcieliby mieć choć ciut pretekstu czy pomocy do wyobraźni.  Nie było to jednak łatwe, bo chyba można robić tylko jedno całą duszą, w jednym czasie. No i taki jest skutek połowicznego przykładania się do fotografowania.

W dodatku nie mam żyłki dokumentalistki,  beznamiętnie przedstawiającej rzeczywistość – zawsze muszę fakty widzieć po swojemu,  przejaskrawić, ustawić pod słońce, powiększyć, oddalić, czyli jednak jakoś zmienić, żeby mi się to podobało, niezależnie od rzeczywistości. I może nie jest to oddanie szerokiego planu niebiańskiej sceny, jarzącej się srebrem, złotem, iskierkami, smugami, wzorami kwietnymi i gwiezdnymi , jakże nieuchwytnymi i błyskawicznie przemijającymi, straszliwie ulotnymi i beznadziejnie pięknymi.  Zdjęcia na małym monitorze nie oddałyby tego zjawiska w pełnej krasie, postanowiłam więc fotografować fragmenty, proporcjonalne do obiektywu i to mi wyszło, co wyszło.  Ileż tu wzorów do wykorzystania, ileż kształtów stworzonych przez światło iskierek, ileż melancholii  i radości jednocześnie. Jak szybko się obrazy rozwijały i jak błyskawicznie znikały w smudze ognistego dymu,  jak kolejne,  nowe się rozwijały i jak nie chciały się zatrzymać do zdjęcia…..

Cały pokaz trwał kilkanaście minut, ale do domu dotarłam przed 4 . Już świtało….. Gwiazdy poszły spać, ja też!